ᴅᴏɴ'ᴛ ᴅᴏ ғʀɪᴇɴᴅs
ɪ'ᴍ ᴏɴʟʏ ᴀғᴛᴇʀ sᴜᴄᴄᴇss
ᴅᴏɴ'ᴛ ɴᴇᴇᴅ ᴀ ʀᴇʟᴀᴛɪᴏɴsʜɪᴘ
ɪ'ʟʟ ɴᴇᴠᴇʀ sᴏғᴛᴇɴ ᴍʏ ɢʀɪᴘ
https://open.spotify.com/playlist/3Pa8AAG4oxFodyuC56Jo7U?si=5d8c46ca71cd4413
pov : vivien
Cholera! - pisk rozległ się po pokoju. Złapałam się za głowę, a drugą ręką podparłam się o komodę. - Znów zapomniałam wziąć leków - wycedziłam do siebie, nurkując w szufladzie. Po chwili wyciągnęłam małą szklaną fiolkę, wypełnioną białym proszkiem. Podpierając się o ściany, ruszyłam do toalety, gdzie zaczęłam napełniać szklankę. Wsypałam tam łyżeczkę proszku, który po chwili rozpłynął się w przeźroczystej cieczy. Wlałam napój do ust, po czym przełknęłam go z niesmakiem. Nagłe napady migreny były u mnie normą, zwłaszcza po dołączeniu do korpusu żandarmerii. Prawie nie spałam, a gdy już to robiłam coś mnie budziło. Wizja śmierci mnie przerażała, wizja tego, że mogę stracić wszystkich, że wszyscy mogą stracić mnie.
Byłam tchórzem.
Wygramoliłam się spod gorącej kąpieli i włożyłam mundur. Przejeżdżając rękoma po talii, wygładzałam niedoprasowania. Błyskawicznym ruchem zerwałam z lustra ręcznik i zaczęłam swoistą walkę, aby nie zwymiotować na swój widok. Założyłam kosmyk za ucho i ponownie zakryłam lustro. Nie lubiłam swojego wyglądu, ale byliśmy w wojsku. Musiałam wziąć się w garść, mazgajenie się, nic tu nie da. Od nas zależy los ludzkości. Przetarłam oczy i gdy miałam kierować się do wyjścia, do moich uszu dostało się pukanie. Czym prędzej udałam się do dębowych drzwi i otworzyłam je.
Stała w nich Hitch, mimowolnie kąciki ust podniosły mi się do góry.
- Słuchaj, nie ma czasu! - Podniosłam brew, w oczekiwaniu na wyjaśnienia.
- Mówiłam Ci, mamy jechać coś załatwić u zwiadowców, zanieść im jakieś papiery, czy coś w tym stylu - Wyłupiłam oczy, nie dostałam żadnej informacji od dziewczyny. Lubiła widzieć moje zakłopotanie i zdenerwowanie w jednym. Wnerwianie nas wprawiało ją w zachwyt. Czasem miałam wrażenie, że została tu włożona od czapy, jak śnieżnobiała owieczka wśród czarnych baranów.
- Świetnie - Powiedziałam ironicznie, nie miałam sporo do czynienia ze zwiadowcami, a nasz korpus nie był zbytnio zaprzyjaźniony z tą grupą. Była to wręcz misja samobójcza, podróż tam, była najgorszym możliwym wyjściem. Zlustrowałam ją, aby ujrzeć, czy ma jakiś specjalny strój na ową okazję. Nie, miała na sobie typowy mundur.
Opuściłam pokój, uprzednio zamykając drzwi i kierując się za podskakującą blondynką, która jojczyła coś o dużej ilości najróżniejszych trunków. Nie lubiłam alkoholu, brzydziło mnie zachowanie po nim i sam jego zapach. Picie go okazjonalnie nie sprawiało mi wiele radości. Byłam tym typem człowieka których po alkoholu był niezwykle wylewny i szczery, więc starałam się unikać go jak ognia. Co do głównego celu wycieczki, ''informacje'' miała dostarczać jedna osoba, a my mieliśmy być brani za wsparcie, w razie ewentualnych komplikacji.
Udałam się do stajni, gdzie dosiadłam mojego konia. Jego maść, nie była niczym niezwykłym, ot co zwykły pstrokaty koń, z kasztanowym kolorem. Usadziłam się wygodnie i ze znudzonym wyrazem twarzy pogalopowałam w miejsce zbiórki.
Podróż nie zajęła nam dużo czasu, na miejscu byliśmy wieczorem. Dokumenty zostały przekazane, a zbyt późna pora nie zachęcała do powrotu. Musieliśmy tu zostać do rana, jak zapewne założył nasz dowódca. Wszyscy zebrali się w stołówce, gdzie na każdym stole widniała niezliczona ilość trunków, których nawet nie mogłam sobie wyobrazić. Powolnie usiadłam w rogu i patrzyłam na szczęśliwą zabawę reszty korpusu. Średnio co dwie minuty mogłam usłyszeć dźwięk tłuczonego szkła, albo niesamowitego kaszlenia. Po średnio trzech godzinach, cały korpus był pod wpływem. Czym prędzej oddaliłam się od tego miejsca i poszłam zwiedzać budynek, w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego miejsca.
Ślimaczym tempem uchylałam każde z pomieszczeń i zerkałam do środka. Każde było puste i skromnie urządzone, czego mogłam się spodziewać. Znużona weszłam do kolejnego pomieszczenia, wieszając się na klamce. Moją uwagę przykuły pięknie zdobione biblioteczki, idealnie poukładane papiery i kanapa, stojąca w rogu. Podeszłam do jednej z nich i palcem przejeżdżając po jednej z pięknych okładek, wzięłam ją w dłonie, zaczęłam kartkować strony, gdy nagle usłyszałam powolne skrzypienie drzwi. Widocznie dywan, musiał zablokować otwarcie ich. Oblał mnie pot, ów pokój wyglądał na pokój kogoś, z wysoką rangą, będę mieć co najmniej przesrane. Książka wypadła mi z rąk, a ja szybkim ruchem wbiegłam do toalety. Było w niej małe okno, wizja skakania z minimum 4 metrów nie była dla mnie najlepsza, ale adrenalina połączona ze strachem przed ukaraniem zrobiła swoje. Otworzyłam okno i gwałtownym ruchem przeciągnęłam zasłonę. Usiadłam w oknie i z lekkim przerażeniem spojrzałam w dół. Mogłam albo dostać małą karę, albo się połamać. Usłyszałam otwieranie drzwi i szybkie kroki. Odpychając się z zewnętrznej ściany wyskoczyłam z okna. Aby zamortyzować upadek, poturlałam się. Zaczęłam biec w prawo, do wejścia. W tłumie ludzi pod wpływem nikt nie powinien mnie zauważyć. Cała spocona weszłam do stołówki, impreza trwała w najlepsze. Weszłam w tłum, gdzie nie mogłam obyć się bez obrzydliwych sformułowań skierowanych w moją stronę.
- Hej, mała! nie chcesz udać się ze mną do schowka na miotły? to będzie niesamowita... i ciekawa... przygoda! - Ten wywód zajął mu niesamowicie długo, popatrzyłam na niego, mój wzrok ukazywał zażenowanie i obrzydzenie w jednym. Może gdybym była pod wpływem, rozbawiłoby mnie to, ale teraz niezbyt, byłam najprawdopodobniej ścigana przez jakiegoś wysoko postawionego zwiadowcę, a moje obeznanie w terenie wynosiło zero. Modliłam się, aby gość odpuścił sobie poszukiwania mojej osoby.
pov : levi
Zażenowany sytuacją panującą na dole, postanowiłem wrócić do gabinetu. Dokończenie kilku dokumentów dobrze mi zrobi, będę mógł skupić się na ważniejszych rzeczach. Nacisnąłem klamkę, ale w żaden sposób nie mogłem wejść do pokoju. Coś musiało je zablokować - pomyślałem. Było to zbyt podejrzliwe, sam nigdy nic nie zastawiałem tak, abym nie mógł wejść do własnego gabinetu. Jedynym logicznym wytłumaczeniem było czyjeś wtargnięcie na moją posesję. Miałem nadzieję, że ten ktoś był chociaż trzeźwy. Nie miałem zamiaru użerać się z kolejnym pijaczyną, których i tak miałem już po dziurki w nosie. Napierałem na dębowy dostęp, do skutku. Ostatecznie raczej tam ktoś był i raczej był trzeźwy. Usłyszałem trzask jakiegoś przedmiotu, który nie był szkłem, więc alkohol to nie był. Do moich uszu dostał się dźwięk szybkich kroków. Byłem zestresowany, jeżeli był to ktoś z żandarmerii, mieliśmy przesrane. Libacja na dole, mogła służyć jako odwrócenie uwagi a ktoś mógł buszować tutaj w najlepsze. Naparłem z impetem na drzwi w końcu udało mi się je otworzyć. Mój wzrok powędrował na podłogę, gdzie widniała jedna z książek. Cała reszta, była nienaruszona. Popędziłem do toalety, uchylone wejście wskazywało na to, że prawdopodobny złodziej skierował się do niej. Ujrzałem otwarte okno, a następnie wychyliłem się, patrząc w dół. Nierozgarnięta brunetka o raczej małym wzroście i krótkich włosach, z żandarmerii, tak jak się spodziewałem. Lekko się zdziwiłem, ponieważ zaraz po skoku wstała i zaczęła biec. Były tutaj minimum trzy metry, więc takie szybkie dojście po siebie po tak wymagającym skoku, mogło być wykonane tylko przez kogoś doświadczonego. Spokojnie poprawiłem dywan i odłożyłem książkę na miejsce. Przymknąłem okno, zasłoniłem zasłonę i opuściłem pomieszczenie, w poszukiwaniu brunetki. Zachowanie spokoju musiało być tutaj kluczowe. Zstąpiłem ze schodów, aby wszcząć śledztwo dotyczące jednej z żandarmerek. Myślę, że zajmowanie Erwina, byłoby tutaj głupotą, ma on na pewno swoje sprawy, a ja sam odpowiem za swoje niedopilnowanie dotyczące niezamknięcia drzwi. Kątem oka spojrzałem w otwarte drzwi stołówki.
pov : vivien
Byłam zestresowana, aż w końcu zobaczyłam znajomą mi twarz.
- Armin! - wykrzyczałam w tłumie, a blondyn zareagował spojrzeniem.
- Vivien! - odpowiedział wyszczerzony.
- Armin, to sprawa życia i śmierci, kto ma gabinet pod trójką? - zapytałam z błagalnymi oczami, wręcz modląc się do Boga o łaskę.
- Dziwne pytanie, Generał Levi - powiedział zakłopotany, nie widzieliśmy się wieki a nagle pytam o tak dziwne rzeczy.
Przeszedł mnie dreszcz a w sercu miałam dziwne kłucie. Rozbolała mnie głowa, przytrzymałam się stolika, a następnie zajęłam miejsce obok błękitnookiego. Zabrałam butelkę ze szklanym trunkiem i przelałam sobie go do kieliszka. Zamykając nos, wlałam zawartość kieliszka prosto do gardła, po czym sięgnęłam po dolewkę. Nie chodziło mi o upicie się, raczej o spowodowanie tak dużych bólów, aż do zemdlenia. Zapewne przenieśliby mnie do szpitala, gdzie miałabym szansę na ucieczkę. Czy nie łatwiej byłoby po prostu dać się złapać? Według mojej filozofii - nie. Generał Levi był wyjątkowo surowym i bezuczuciowym człowiekiem, więc ucieczka z miejsca zbrodni mogłaby lepiej posłużyć mojej kartotece. Po chwili podparłam się rękoma o stolik, a moje oczy zaczęły mi się kleić. Moje kąciki ust mimowolnie uniosły się, a ja przestałam kontaktować.
pov : levi
Wszedłem do stołówki, z kamiennym wyrazem twarzy, ignorowałem huki i chaos panujący tutaj. Rozglądałem się, pomiędzy stołami i w grupie ludzi. Raczej jej tam nie było. W końcu moją uwagę zwróciły lamenty blondwłosego.
- Vivien! Wstawaj! Obudź się! - mówił trzęsąc brunetką. Leżała ona na stole i zdecydowanie nie kontaktowała. Drogę zastąpił mi pijany członek wrogiego korpusu. Nie interesując się jego zamiarami, zadałem mu cios w brzuch i poczłapałem do mojego podwładnego.
Z początku mnie nie zauważył, ale zaraz po spojrzał i już zbierał się do salutowania.
- Spocznij, co jej jest? - Zapytałem, z założonymi rękoma, patrząc cały czas na wyraźnie nieprzytomną brunetkę.
- Nie wiem co się stało, wbiegła tu jak poparzona, spytała o pokój kapitana, a potem na raz wypiła prawie pół butelki alkoholu! - wydedukował blondyn, gestykulując przy tym. Pokiwałem głową, na znak zrozumienia. Chwyciłem ją za pas, a następnie przełożyłem przez ramię. Powędrowałem z nią do mojego pokoju, gdzie położyłem ją na kanapie, w rogu gabinetu. Spojrzałem na nią z pogardą. Nie żywiłem sympatii do żandarmerii, a ta sytuacja pogłębiła tylko moją nienawiść. Nie będę z jej powodu przeszkadzał sobie w pracy. Zająłem miejsce przy stole i zacząłem uzupełniać dokumenty.
pov : vivien
Cholera jasna, pies by to jebał. Nie czułam żadnego charakterystycznego zapachu szpitala, a po wymacaniu miejsca, na którym leżałam, nie było to raczej łoże szpitalne. Mam przejebane. Lekko otworzyłam oczy, na przeciwko mnie była biblioteczka, ta sama, z której wczoraj zabrałam książkę, czyli byłam w pokoju kapitana. Zapewne nie chciał robić rabanu, co było pomocne dla mojej sytuacji.
Mój mózg nie działał trzeźwo, nie wiedziałam co mam zrobić. Może zamiast uciekać mogłam po prostu powiedzieć co robiłam i przeprosić? W głowie miałam mętlik, przygryzłam policzki z bólu. W pokoju było ciemno. Gabinet oświetlała jedynie mała wiązka światła, dobiegająca z lampki na biurku. Mogłam już pisać testament, nie wiadomo nawet z czego, bo w swoim marnym życiu nic się nie dorobiłam.
Nagle usłyszałam odsuwanie się krzesła i wyraźne kroki w moją stronę. Moje umiejętności dedukcji nie były na tyle wysokie, aby coś w tym momencie wymyślić, mogłam już żegnać się z posadą w żandarmerii, i w ogóle w jakimkolwiek korpusie.
Nagle kroki się zatrzymały, a ja poczułam na twarzy lekki podmuch. Otworzyłam oczy i zmarszczyłam brwi, mężczyzna wyprostował się, a następnie zawrócił i zaczął kręcić się po pokoju.
- Czy z łaski swojej możesz rozjaśnić moje wątpliwości i powiedzieć mi, co robiłaś w moim gabinecie? - Zapytał, zatrzymując się kilka metrów ode mnie. Jego gabinet był ogromny, mogło w nim zamieszkać jakichś szesnastu kadetów. Poprawiłam pozycję siedzenia i o ostatkach sił założyłam nogę na nogę.
- Z powołania żandarmerii, przybyłam tutaj aby ukraść ważne dokumenty, a następnie uciec, jednakże moje szpiegowskie działania zostały zakłócone przez pewnego osobnika - strzeliłam cwaniacko. Wydawało mi się to w tamtej chwili śmieszne, ale po chwili namysłu zrozumiałam, że mój grób był wykopany o kilka metrów za dużo.
- Widzę, że humor dopisuje - wycedził w widocznym zdenerwowaniu. Mruknęłam coś pod nosem, a potem wstałam, podpierając się o losowe przedmioty. Skierowałam się do drzwi, a gdy naciskałam na klamkę, znów coś powiedział.
- Nie skończyłem - wybełkotał zirytowany, obejrzałam się w znudzeniu. Przecież wiadome było, że nic nie ukradłam, nawet nie miałam takich zamiarów.
- Nic nie zrobiłam - wystękałam. Rozumiem, musiał wyciągnąć konsekwencje, ale cała ta sytuacja była wręcz śmieszna. Najprawdopodobniej zaniósł mnie do swojego pokoju, żeby czekać aż się wybudzę, żeby zrobić mi przesłuchanie. Zacisnęłam pięści.
pov : levi
Dziewczyna zaczęła działać mi na nerwy, udawała cwaniacką, ale dała się złapać. I tak, prędzej czy później wyciągnąłbym konsekwencje, ale odciąganie tego nie miało najmniejszego sensu. W końcu gwałtownie przybliżyłem się do drzwi, po czym zamknąłem je na klucz. Dziewczyna była lekko przerażona, ale nie interesowało mnie to. Przy biurku zazwyczaj miałem dwa krzesła. Jedno z nich wskazałem brunetce. Niechętnie usiadła, wyglądała bardzo słabo. Usiadłem przed nią, wyjmując notes. Wiedziałem, że ma na imię Vivien, i tylko tyle, mały wywiad nie zaszkodzi.
- Imię?
- Vivien
- Nazwisko? - Dziewczyna trochę się zawahała, pusto patrzyła w nicość, uśmiechała się bez wyrazu. Trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny, więc nawet jej nie współczułem.
pov : vivien
- Mazltow - szczęście w nieszczęściu, kurwa. Miałam serdecznie dość mojej obecności tutaj.
- Korpus? - dalej zadawał pytania, nawet nie podnosząc wzroku.
- 104, treningowy - Gdy podawałam coraz więcej informacji o sobie, miałam dość. Mogłam się połamać, skacząc z tego okna. Chociaż nie musiałabym tu siedzieć.
pov : levi
Podniosłem się z miejsca rozmowy i skierowałem się do biblioteczki, z której wyjąłem akta opisowe najlepszej dziesiątki. Szukałem tam nazwiska Mazltow. Gdy w końcu wśród akt znalazłem ów papierek, moim oczom ujawniła się krótka notka.
Mazltow
Jej problemy chorobowe znacznie ujmują jej, w byciu żołnierzem. Po wzięciu leków jest otępiała. Jest silna psychicznie i fizycznie. Wadą jest niewystarczająca determinacja.
Wetknąłem papiery w poprzednie miejsce, a całe akta odłożyłem wśród inne książki. Zająłem poprzednią pozycję, zerkając na biblioteczkę i przerażoną dziewczynę, podjąłem decyzję. Hanji powtarzała, że przydałyby mi się ludzie odruchy. Szczerze wątpiłem, że przyszła tu w złym celu. Raczej znalazła się w złym miejscu, o jeszcze gorszym czasie. Westchnąłem głęboko i nie podnosząc wzroku z dokumentów, wskazałem jej drzwi.
